sobota, 13 kwietnia 2013

XII ;

Ale Styksa już tam nie był. Szybki i zwinny, przeciwnik chwycił pierwszy z brzegu sten, bez zastanowienia strzelając. Trafił raz, prosto w połamany wcześniej nadgarstek, o którym Drake zapomniał w ferworze walki.
Zgiął się wpół, a ból eksplodował niczym bomba atomowa.
A skoro już o bombach mowa, Styks odrzucił broń i pobiegł w stronę wyjścia. Ojciec Elliott ostatni raz odwrócił się, spojrzał z nienawiścią na renegata i ujął dużą bombę.
- Jeszcze się spotkamy! - krzyknął. Ruszył przed siebie, rzucając za sobą trzymany w ręku przedmiot. Wybuchł, zasypując jaskinię deszczem skalnych odłamków.
"Uwięził nas." - pomyślał Drake, chwilę przed utratą przytomności.

Ocknął się, gdy było ciemno. Nawet najmniejszy płomyk nie rozjaśniał mroku groty, nawet najsłabszy ognik nie tańczył z cieniami. Mimo to było ciepło, nawet w zranioną rękę. Dopiero teraz w pełni zdał sobie sprawę z wczorajszej maskarady, podczas której raz złamano mu nagdarstek, a potem ten Styks zatopił kulę przy kości.
Teraz, o dziwo, nie czuł nic. Nie czuł dłoni, nie mógł poruszyć ani jednym palcem- ale nie miał siły, żeby wstać i zbadać dokładniej sytuację.
Elliott półspała, półsiedziała. Próbowała chyba pełnić wartę, ale najwidoczniej zmęczenie zmogło i ją. Trudno się dziwić... Ale w sumie nie było po co ustalać wart. Wejście, i jednocześnie wyjście zostało zablokowane, a miną tygodnie, zanim znajdzie inne. Tygodnie bez jedzenia i wody.
I dopiero wtedy wczorajsze wydarzenia dotarły do niego z pełną mocą. Stracili wszystko. A on dodatkowo stracił też ważniejszą rzecz- zaufanie. Jeszcze raz spojrzał na towarzyszkę. Jak mógł nie zauważyć? Przecież to oczywiste, że ma geny Styksów.
Nie powiedziała mu o tym. Kłamała, przechodząc nad tym do codzienności.
I to bolało najbardziej. Nigdy nie czuł takiego rozczarowania i żalu, jak teraz. Żałował, że nic nie będzie już takie jak przedtem. Że nic nie wróci dawnej, roześmianej Elliott.
Nadgarstek palił żywym ogniem, ale ból zelżał. Odkrył, że dłoń ma obwiązaną czystą chustką, spod której wystają liście Choromantusa. Czuł niemal namacalną, cudowną ulgę płynącą z ziołowych soków do zmasakrowanej ręki. Mógł już ruszać palcami, a mięśnie powoli się regenerowały. Powoli rozwarł dłoń. Kostki strzeliły, a renegat skrzywił się z bólu. Był ciekawy, czy wciąż ma kulę w nadgarstku, ale nie chciało mu się już tego sprawdzać. Na nowo ogarnęła go senność.
Twarz Drake'a zasępiła się, gdy, zasypiając, zobaczył umorusaną błotem, drobną sylwetkę Elliott- i wyniosłą, czarną pelerynę, za którą krył się jej ojciec.
Po raz kolejny powtórzył: "Nigdy więcej. Nikt nie jest tego wart."

niedziela, 7 kwietnia 2013

XI ; Król

Dziś nikt jej nie budził. Nikt nie bił, ale była zbyt zmęczona, żeby się ucieszyć. I żeby wiedzieć, kto siedzi u jej boku.
- Wszystko będzie dobrze. - szepnął. Rozpaczliwie chciał w to uwierzyć. - Albo nie.
Głos mu się załamał. Przyciągnął Elliott do siebie, kładąc jej głowę pod swoją. Wzdrygnęła się przez sen, jej oddech przyspieszył. Nagle otworzyła oczy.
- To ty...? - zapytała ledwo słyszalnym głosem.
- Ja. Jestem, i będę. - odpowiedział cicho.
Znów usnęła.
Sen był cudowny. Ta sama łąka, ci sami ludzie, nawet jej ojciec, nie taki jak dręczący ją niedawno Granicznik- wymarzony, któś, do kogo mogłaby mówić "tatuś"...
I jeszcze jedna, nowa osoba. Ciemna postać skryta za drzewem, stała nieruchomo i przyglądała się zabawie.
Wiedziała kto to, chociaż twarz miał schowaną w cieniu kaptura. Dopiero, gdy go zobaczyła, zorientowała się, że wczoraj też tu był.
Podniosła się z miękkiej, zielonej trawy i z wahaniem ruszyła w kierunku postaci w płaszczu. Zamknęła oczy, bo odległość była zbyt wielka dla jej nawet we śnie wyczerpanego organizmu. Gdy je otworzyła, znajdowała się w jego ramionach. Słyszała bicie drugiego serca, bijące w tym samym rytmie co jej. Twarda, ciepła dłoń głaskała ją po włosach, czuła czyjś oddech tuż przy swojej twarzy.
Nie spostrzegła, kiedy łąka zmieniła się w jaskinię, a przyjaciele i rodzina zniknęli. Nie zmieniło się tylko jedno- Drake. Nadal był przy niej, nadal opierała się o jego ramię.
- Spałaś tylko kilka godzin. Odpręż się, tu nic ci nie grozi... - skłamał.
Patrzyła, nie rozumiejąc słów.
- Co jest dzisiaj? - wyszeptała.
- Ten sam dzień, w którym zasnęłaś...
Elliott szeroko otworzyła oczy. Coś jej to mówiło, ale... Wciąż umykało.
- Śpij... - powiedział. - Śpij...
Była przyzwyczajona, by słuchać tego władczego, twardego głosu. I teraz posłusznie zamknęła oczy.

***
- Nic nie będzie dobrze. - szepnął. - Nic nie zmienię... A tak bym chciał...
Opuścił głowę. Wiedział, że to, co mówi, jest prawdą. Nigdy nie będzie tak jak dawniej.
Siedział z nią godzinami, a jedynym zegarem był zgodny rytm serca. W końcu przestał myśleć- i jego powieki powoli opadły...
Aż nagle rozległ się cichy chrobot. Ktoś odsuwał kamień, którym Drake zasłonił wejście. Jego czujne ucho natychmiast pochwyciło dźwięk.
Wyprostował się i delikatnie uwolnił z objęć Elliott. Wciąż spała.
Bezszelestnie, w ciągu jednej sekundy ujął długą lufę stena, w drugiej dłoni ważąc mały pistolet. Teraz nie pozwoli, żeby ktoś...
BUM.
Stłumiony łoskot wypełnił jaskinię. Wyczulony, oczekujący słuch Drake'a na chwilę go zawiódł- dopiero po chwili odzyskał zmysł. Z niepokojem zerknął na przyjaciółkę, ale nawet to nie zdołało jej obudzić.
Z wejścia dobiegł dziwny odgłos- kilka słów w szeleszczącym, chropowatym języku. Mężczyzna ścisnął broń w dłoni. Styks. Sam, czy...?
Odgłos powtórzył się, a wysoka, ciemna postać wyszła z cienia.
- To ty, *szeleszczenie*? - zapytała stłumionym, ledwo rozpoznawalnym angielskim.
- Nie. - odpowiedział Drake, błyskawicznie odbezpieczając broń. I to właśnie porywczość zgubiła.
Styks jednym celnym rzutem trafił go kaburą pistoletu w nasgarstek, zanim zdążył nacisnąć spust. Rozległ się trzask łamanej kości; teraz oboje stracili po pistolecie. Ale Drake miał drugi. Nie zważając na cierpienie, uważnie przeanalizował sytuację.
Zdrową ręką wymierzył w nadbiegającego Styksa, ale ten był zbyt szybki. Wytrącił mu broń z ręki, przewracając i przyciskając pogruchotaną dłoń. Bolało jak diabli, ale nie poddawał się. Mocowali się w milczeniu, każdy z nich miał jeden cel- walczyć na śmierć i życie, wygrać. W końcu jakimś cudem znalazł się na klęczkach, przy rozbrojonym Graniczniku-natychmiast wykorzystał chwilową przewagę. Teraz wystarczyło wyciągnąć sztylet.
Już prawie było po wszystkim, gdy cal od śmierci Styks wychrypiał:
- Rozumiem. Zabij mnie. Ale dlaczego nie zabijesz jej?
Drake znieruchomiał.
- Co, paskudo? Dlaczego miałbym zabić Elliott?
Zaśmiał się chrapliwym, szyderczym śmiechem.
- To ty nic nie wiesz? Nie wiesz, kim ona jest?
- Jasne, że wiem. Zbiegłą Kolonistką, renegatką, zagrożeniem i inne pierdoły.
Nie dał po sobie poznać, jak bardzo słowa nieznajomego go zaniepokoiły. Ostatnio Elliott wyraźnie coś ukrywała.
- Nie do końca. - wyszeptał Granicznik. Drake czuł się coraz bardziej nieswojo. - Bardziej... Jest moją córką.
- Kłamiesz! - zawołał gwałtownie, opuszczając rękę z nożem. Ostrze przecięło lekko skórę na gardle tamtego. Cienka, krwawa linia naznaczyła to miejsce jak ślad.
- Nie wierzysz mi? Dobrze. Ale zapytaj ją... - powiedział cicho Styks, wskazując na Elliott.
Drake odwrócił głowę, patrząc na dziewczynę. Jej twarz pokrywały liczne rany, a mimo to spała snem kamiennym. Wyglądała tak niewinnie. Tak nieprawdziwie. Zacisnął dłonie, gdy łzy zamgliły świat.
- Nie. Nie jest nim, i twoje kłamstwa nie zmienią... Nie zmienią... Nic. Nie.
- Tak. I cały ten czas trzymała cię w niepewności, oszukiwała, wyzyskiwała, wykorzystywała. Zabij mnie, ale osądź sam, co zrobić z nią. Czy może nie masz odwagi i sam mam dokończyć to, co zacząłem...?
Drake odrzucił nóż. Podniósł z ziemi długi karabin. Powoli wycelował.
Błyskawicznie odwrócił się, i strzelił.

X ; Wschód

Nie wiedziała, jak to możliwe, ale dzisiejsze przebudzenie się bolało jeszcze bardziej niż wczorajsze. Mięśnie paliły, nie mówiąc już o twarzy.
Ale Elliott przestała protestować. Pierwszy raz w życiu czuła takie... Zmęczenie. Apatię. Przyjmowała razy bez mrugnięcia, czasem tracąc kontakt z rzeczywistością. Był dopiero drugi dzień jej niewoli, ale czuła, jakby na barkach oparł jej się i zawalił cały dotychczasowy świat.
Styksowie o niej wiedzieli. Jej matka prawdopodobnie nie żyła. I... Nic nie znaczyła dla Drake'a.
Jego ucieczka nie bolała aż tak bardzo, chociaż Elliott wiedziała, że nigdy nie zrobiłaby tego samego.
Nie bolała, może dlatego, że nigdy nie miała nadziei, że będzie bliżej niego. Może dlatego, że jest tylko głupią szesnastolatką, niezasługującą na samą jego obecność.
Ale nie rozumiała jednego. Znali się od prawie roku... Dlaczego jej nie zabił? Granicznik nie opowiadał, jak to się stało, że Drake uciekł, zostawiając tylko Elliott.
Dlaczego jej nie zabił? Skoro nie mógł jej uratować, czy tak mało dla niego znaczyła, żeby nie wyświadczyć ostatniej przysługi? Przecież nie miałaby pretensji. Tak postąpiłaby ona. Drake tego nie zrobił.
Nadszedł Styks.
- Obudziłaś się już, księżniczko? To dobrze. Dziś przybędzie król! - uśmiechnął się zjadliwie.
Popatrzyła na niego z obojętnością. Powieki same opadły... Gdy nagle senność odegnała ciężka rękawica, uderzająca w jej policzek. Poczuła, jak ciepła krew zwilża jej twarz, spływając na brodę. Usłyszała cichy świst, zapowiedź kolejnych tortur, i powoli przymknęła oczy.
Ale uderzenie nie nastąpiło. Czekała i czekała, a sekundy były jak godziny. Tylko jedno głuche stąpnięcie. A ona wciąż czekała.
Z trudem rozwarła opuchnięte powieki... I zachłysnęła się własnym oddechem. Granicznik leżał nieopodal, a z jego głowy wyzierała otwarta rana. Znad jego ciała podnosiła się ciemna postać.
- No, załatwione. Przynajmniej jedno z głowy. - powiedziała.
Elliott nie rozumiała. Ciężkostrawne słowa przepływały obok, a ona już widziała cudowną łąkę z tamtego snu.
Nie poczuła, jak Drake obejmuje ją, cierpliwie zmywając krew z twarzy.

***
Poradził sobie bez trudu. Styks był całkowicie zaskoczony, więc Drake z łatwością zabił przeciwnika.
- Szkoda, że zabić można tylko raz. - szepnął, patrząc na Elliott. Uklęknął obok niej, a samotna łza spłynęła po jego policzku, by spaść na jej twarz. Nie zareagowała.
Drake ścisnął w pięści brudny, zmiętoszony, brązpwy kosmyk włosów.
Pochylił się nad nią, delikatnie obmywając rany. Każda była tylko powierzchowna, ale musiały boleć bardziej, niż jedna poważna. Czystą szmatką dotykał jej twarzy, starając się zadać jak najmniej bólu. Zamknął oczy w rozpaczy, gdy dziewczyna nieświadomie zacisnęła dłoń na jego przedramieniu.

IX; Świt

Elliott spała. A we śnie spotykała rodzinę, przyjaciół, Łowcę, którego obiecano jej na czternaste urodziny, a którego nigdy nie dostała, matkę... Sen był jasny, spokojny, nie było w nim śladu brutalności i okrucieństwa Głębi.
Ale wszystko ma swój koniec.
Obudziła się, czując przenikliwy ból. Usta miała spuchnięte i suche, wszędzie na twarzy czuła krew. I wspomnienie wczorajszych tortur, palące szkarłatnym płomieniem cierpienia...
Obok niej leżała miska z czymś szaro-papko-podobnym, a obok drugie naczynie z wodą. Za miskami leżał zakrwawiony nóż.
Styks stał kilka kroków dalej. Zdała sobie sprawę, że cały czas ją obserwuje.
- I co? Nadal będziesz stawiać opór? - zapytał, nie kryjąc ironii.
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do niej.
- No dobrze, miło było, ale teraz należą ci się jakieś wyjaśnienia.
Jego oczy były dwiema czarnymi otchłaniami. Wzdrygnęła się, czując, że intensywnie jej się przygląda.
- Zaczynasz wyglądać jak jedna z nas. Ale... Do rzeczy. Wiem, kim jesteś. Wiem to od czternastu lat, ale dopiero znam cię dopiero od tygodnia. Kiedy wtedy wpadłaś w naszą pułapkę, zdziwiliśmy się. Na Drake'a polowaliśmy od kilku lat, ale ty... Tylko ktoś wyjątkowy mógł przetrwać tyle u jego boku. Widzisz, nawet ci pochlebiam. A więc, zainteresowaliśmy się bliżej twoją osobą. Jestem tu sam... Na razie. Ja zainteresowałem się bardziej, bo kilkanaście lat temu mój brat pod wpływem impulsu powiedział mi o pewnym incydencie. A potem pewna Kolonistka zniknęła na parę miesięcy z życia społecznego...
Elliott słuchała z łomoczącym sercem. Już wiedziała, kim on jest.
- Zorientowałaś się? No tak, mądra dziewczynka. Moja krew... - uśmiechnął się.
Nachylił się do niej.
- Naprawdę moja. - szepnął. - Jestem bratem Eddie'go.
Zamknęła oczy. To tylko sen... To tylko paskudny koszmar...
- A teraz wreszcie cię mam. Jednak w moich wyjaśnieniach tkwi pewna luka, prawda? Na pewno to zauważyłaś. Tak, między dorosłymi Styksami nie ma czegoś takiego jak więź rodzinna. Ale... Nosimy jedno nazwisko. Nie pozwolę, żeby zostało splamione twoją bękarcią krwią!
Uderzył ją w twarz. Wczorajsze rany zapłonęły. Wypuściła z trudem powietrze, czując, jak każdy oddech rozpala jej nos i usta.
- Co chcesz... Ze mną zrobić? - wyszeptała.
- O, to jeszcze nic pewnego. Zostaniemy tu kilka dni... Zaopiekuję się tobą, nie martw się. - obnażył ostre zęby. - A potem... Poczekamy na szanownego tatusia. On ma pierwszeństwo w takich sprawach.
Nie zapytała, w jakich.
Poddała się jego silnym rękom, gdy posadził ją przy skale i podsunął miski z jedzeniem. Potem ujął nóż...

***
Mężczyzna przyglądał się bezsilnie zza występu skalnego, jak ostry sztylet kaleczy jasną skórę dziewczyny. Dłonie zacisnął w pięści; wiele by dał, by usłyszeć, o czym rozmawiali wcześniej.
Styks wyraźnie upajał się zadawanym cierpieniem. Dziewczyna już wkrótce straciła przytomność... A on nie miał czasu. Musiał wyciągnąć stąd Elliott. Granicznik był sam, więc nie powinno to sprawić zbyt dużego problemu.
Zakapturzona postać wsunęła się w cień, pozwalając, by ciemność wchłonęła jego ślad.
Łzy popłynęły same. Mężczyzna oczyma wyobraźni widział wąski, zakrwawiony sztylet przy jej twarzy.
"Nigdy więcej." - pomyślał, a na jego twarzy zagościła determinacja. - "Nigdy więcej nie będę tak bezradny."

sobota, 6 kwietnia 2013

VIII; Maligna

Elliott z przerażeniem patrzyła, jak Granicznik po kolei wyjmuje i rozbraja każdą bombę, rzucając je niedbale w kąt. Nie mogła się ruszyć, mogła tylko patrzeć, jak Styks profanuje ich mały majątek, jedyny pewnik w ich życiu- przecież jeśli odciągniesz zawleczkę, wybuchnie zawsze. Bez wyjątku.
- Kim jesteś? - wychrypiała. Nie miała siły mówić ani krzyczeć, coś w niej się złamało.
Rozmyślała o poprzednim dniu. Jak siedzieli razem, a ona nie czuła różnicy. Jak ją obejmował, jak uspokajał samą obecnością. Był taki...
Nieprawdziwy. Teraz to widziała. Drake nigdy nie zachowałby się tak, jak ten mężczyzna. Nigdy nie potrafiłby tak wiele dać, objąć. On był stworzony do innego świata. Dla niej nie było tam miejsca.
- Kimś dosyć ważnym. Nie tylko dla Styksów. Ale ty, skarbie, nie musisz sobie zawracać głowy moim imieniem. Pociesz się tym, że niewiele osób je zna, księżniczko.
Syknęła.
- Zabiliście go?
- Drake'a? Nie, niestety nie. Uciekł, w ostatniej chwili. Chcieliśmy cię co prawda użyć jako przynęty, ale teraz widzę, że nic nie zyskamy.
Granicznik mówił to wszystko obojętnym głosem, ale to właśnie ta obojętność dotknęła ją najbardziej. Styks wierzył w to, co mówił.
Dla Drake'a nie znaczyła nic. Uciekł, gdy ją pojmali.
Zamknęła oczy, odgradzając się od świata.
"Starway to heaven..." - zaśpiewała cicho.
Nie miała nic do stracenia.

***
- W rękawie mam nóż. - odezwała się bezbarwnym głosem.
Styks przerwał monotonną pracę, w jego oczach błysnęło zdziwienie. Natychmiast się opanował. Szybkim krokiem podszedł do Elliott, zagłębiając dłoń w wylot rękawu. Faktycznie, znalazł tam mały, składany nóż.
- A, no właśnie, powinienem cię... Przeszukać. - zamruczał. - Dobrze, że przypomniałaś.
- Nie mam nic innego. Nic co mogłabym wykorzystać do walki.
- Skarbie, znam cię lepiej, niż myślisz. Ty w pięć minut zabijesz choćby liściem, chociaż nie mam pojęcia, jak.
Wzdrygnęła się. Od jak dawna ich obserwowali...?
- Powiesz mi wreszcie, co z nim? - zapytała przez zaciśnięte zęby.
- Musiało cię to wiele kosztować. - Styks uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było nawet śladu wesołości. - A co cię to obchodzi?
Droczył się z nią... I to było przerażające. Zazwyczaj osobnicy jego pokroju nie zniżali się do poziomu renegatów, od razu ich zabijając. Co planował ten...?
- Obchodzi.
- Ale czemu? Jego jakoś nie...
Nie mogła się powstrzymać. Gdy wyjmował sztylet z jej rękawa, nieświadomie rozluźnił więzy. Wyszarpnęła rękę. Zamach trwał sekundę, upragniony odgłos- wieczność. Napawała się strużką krwi płynącą z jego ust.
- Tak się bawić nie będziemy. - syknął, lekko sepleniąc.
Przewrócił ją na ziemię i przykucnął obok. Wyjął krótki, wąski nóż. Jedną ręką przygniótł ją, nie dając możliwości ruchu. Druga trzymała nóż.
- Ale tak... Co ty na to? - zapytał, dotykając chłodnym ostrzem jej policzka.
Nieznacznie zwiększył nacisk. Nóż płynnie zarysował jej usta, obwodząc krwawą kredką kontur warg.
- Masz na imię Elliott, tak? Teraz dziewczyny bardzo lubią naszyjniki ze swoimi imionami. Co powiesz na tatuaż bez tuszu?
Kolejne minuty były zbyt długie, by przeżyć je, nie zasypiając. Tak wydawało się Elliott, która w końcu przestała odczuwać ból. Powieki zaczęły ciążyć, gdy straciła poczucie czasu. Krew płynęła, płynął czas. Co szybciej?
Granicznik uśmiechał się kpiąco, patrząc na nieprzytomną dziewczynę. Każdą milisekundę bólu odbił sobie jej minutą cierpień. Tak, był całkiem zadowolony.
- Nie martw się - szepnął. - Już niedługo...

piątek, 5 kwietnia 2013

VII ; Huśtawka


Elliott obudziła się, gdy płomienie dogasały, mimo to nadal było ciepło. Nie mogło jednak równać się z ciepłem, jakie poczuła, gdy wróciły wspomnienia. Wszystko było dobrze. Nie odrzucił jej, ani nie oskarżał. Znowu było jak dawniej. 
Nawet plecy przestały boleć i z prawdziwą przyjemnością przeciągnęła się, czując każdą kość. Ostatnie leniuchowanie się kłania- pomyślała. 
Uśmiechnęła się, gdy od wejścia dobiegł cichy odgłos stawianych kroków. Siedziała tyłem do ogniska, więc łatwo było udawać, że jeszcze śpi.
- Elliott... Wstawaj, musimy iść... Wstawaj, obudź się! - cichy głos dotarł do jej świadomości wraz z lekkim potrząśnięciem za ramiona. Otworzyła oczy i zamknęła je natychmiast, gdy zakapturzona postać potargała jej grzywkę, wsadzając włosy w nos i usta.
Z jednej strony, to wszystko było bardzo... Sympatyczne, ale Elliott ostatnio nie poznawała Drake'a. Wczoraj stał się naprawdę kimś innym, w chwili, gdy wreszcie pozwolił jej powiedzieć to, co chciała. Nie było to wiele, i może dla niego nic nie znaczyło, ale nigdy wcześniej nie czuła takiej ulgi. Nie zdawał sobie sprawy, jak dużo to dla niej znaczy. Po raz pierwszy naprawdę, prawdziwie czuła jego oddech przy swoim, i żaden z jego licznych pistoletów nie dźgał jej, jak zazwyczaj, gdy pomagał jej przy czymś.
Pomógł jej wstać, po czym odszedł dalej, szukając czegoś w plecaku. Delikatny brzęczyk zadzwonił w jej głowie, gdy lekkim ruchem wyrzucił z torby bombę kieszonkowych rozmiarów.
- Drake! Przecież niedawno ją uzbroiłeś, tego się nie rzuca! - krzyknęła, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Wiem, przecież pamiętam. Ale ta nie będzie nam już potrzebna, gdy spałaś, unieszkodliwiłem większość.
- Większość...? Ale dlaczego? Przecież została nam tamta misja?
- Ta, którą zepsułaś, włażąc prosto w łapy Styksów? - zapytał, a w jego głosie zabrzmiała obca nuta. Strząsnął jej dłoń z ramienia. Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Ale co ty... Tak, ta sama. - zacisnęła zęby.
- Nie przejmuj się tym. Ty tu posiedzisz, a ja wrócę za dzień, dwa i będzie po wszystkim.
- Słucham? - zapytała, osłupiała. Albo to sen, albo koszmar, albo Drake wytrzasnął skądś skażony spirytus. Podobno cholerstwo długo trzyma.
- Nie przejmuj się tym, powiedziałem.
- Ale...
- Nie ma ale!
Elliott wciąż patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nagle błysk dogasającego ognia odbił się szkarłatną łuną na długim, zakrzywionym sztylecie, którego fragment wystawał z pochwy za pasem. Zmarszczyła brwi, wciąż nie do końca kontaktując.
- To nie ty. - powiedziała ze stoickim spokojem.
- Naprawdę... Kochanie? - ciepły ton zastąpiło gniewne warknięcie. Gwałtownym ruchem odsłonił kaptur, wychodząc z cienia. Z bladej, pociągłej twarzy patrzyły na nią chłodne, stalowe oczy rozbawionego Granicznika. Nie zdążyła zareagować, gdy szarpnął ją do ziemi, siłą rozpędu zatykając jej usta ziemią i czyjąś kurtką. Bez śladu dawnej czułości związał jej nadgarstki sposobem, który znała tylko ona... I Drake. 
Odwrócił ją, nadal starając się, by nie mogła mówić.
- Jesteś pół- Styksem? Naprawdę? To takie... Słodkie. - roześmiał się, a jego zimny głos rozniosło echo. - Szkoda tylko, że on naprawdę by cię zabił. Chyba jednak go uprzedzę, co ty na to? 

VI ; Cisza

- Jestem Styksem. - wypaliła.
Opuścił głowę.
Przyszedł przed chwilą, nieobecny, zamyślony, ukryty w cieniu kaptura.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, a on na nią z troską. Na twarzy Elliott odbijały się różne emocje, ale strach zagubionego zwierzątka brał górę. Z jej oczu wyzierało przerażenie, gdy powiedziała prawdę. Bała się jego reakcji. Tego, czy ją wypędzi, zabije- czy obdarzy wieczną pogardą.
Patrzyła oczami zastraszonej sarny, gdy opowiedziała o Eddie'm, o dzieciństwie pełnym podejrzeń i wiecznie niespokojnym śnie.
- Tylko teraz, tutaj, dokładnie w tej chwili, jedyny raz w życiu czuję się bezpieczna. - wyszeptała.
Nie odpowiedział.
- Ja... Jestem potworem. Pół- kolonistką, pół- Styksem. Ale zrozum, ja nie chcę! Ja...
Milczał.
Odkąd zaczęła rozmowę, nie odezwał się ani razu.
Spojrzała na niego z łzami w oczach.. Dwie krystaliczne krople wyżłobiły jasne strużki na brudnej twarzy, tworząc rozbrajająco smutny obraz.
Zwinnie przysunął się bliżej. Siedzieli w milczeniu przez kilkanaście minut, aż Elliott wypłakała wszystkie swoje smutki. Przytulił ją, silnie i zaborczo obejmując.
Dziewczyna ufnie oparła głowę na jego ramieniu. Mężczyzna nadal nie mówił nic, głaszcząc ją lekko po włosach. Jego ręka ześlizgnęła się nagle na policzek, i Elliott poczuła, jak rozmazuje jej łzy na twarzy. Najpierw powoli, uważnie kreślił jakieś symbole, potem wytarł wszystko wierzchem dłoni.
- Dlaczego czekałeś tak długo...? - zapytała.
- Tak jest lepiej. - odparł.
Słyszała bicie jego serca, przyspieszone, obce.

V; Pozory

Dziewczyna jednym zgrabnym, kocim ruchem podniosła się z klęczek i ukradkiem wytarła ręce w najbliżej leżącą szmatę. Niestety, nie dość szybko.
- Ej! Co ty tam robisz z moją kurt... Elliott! - krzyknął, na dobre rozeźlony. - Do diabła, mówiłem ze sto razy! Sama będziesz ją czyścić!
Dziewczyna spojrzała na umorusane błotem ręce i poplamione okrycie wierzchnie towarzysza.
- Ależ, Drake! Jak możesz! Przecież teraz masz najnowszy styl- artystyczny nieład! - odparła niewinnym głosem.
Wyraźnie go zatkało. Mruknął coś gniewnie i chwycił swoją kurtkę, jedną ręką próbując strzepnąć zakrzepłe już błoto. Wymamrotał coś, co zapewne nie nadaje się do druku, i ze złością rzucił ubranie w kąt.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Ostatnio jej natura bardzo dawała jej się we znaki, i próbowała odzyskać normalność zaczepkami. Miała nadzieję, że Drake nie zauważy zmian, jakie zajdą... Już niedługo. Często dokuczała towarzyszowi, maskując strach i niepewność. Nie może się dowiedzieć...
Nie wiedziała, że kiedy śpi, Drake, codziennie siada obok niej, zapamiętując każdy cal jej twarzy. Uśmiech pali mu duszę wolnego buntownika, a ukryty głęboko w kieszeni kosmyk ciemnych włosów uwiera samą obecnością.
Próbował nauczyć się jej na pamięć, bo doskonale wiedział, jak ulotne potrafi być życie. Zwłaszcza... Życie renegata. Czy renegatki. W Głębi. Pełnej Styksów. I Graniczników.
Tak więc był zdecydowany "w razie czego" podjąć odpowiednią decyzję, dać jej czas i szansę... Ale tylko ucieczki. A zanim to nastąpi, chciał wykorzystać każdą chwilę. Może zostało ich zbyt mało...
Dziewczyna przeciągnęła się, czując delikatny ból pomiędzy łopatkami. Ostatnio nawet noszenie cięższej broni stało się udręką- ale wiedziała, że dwa, trzy miesiące, i najgorszy czas przeminie... By nigdy nie wrócić. A przynajmniej taką miała nadzieję.
Zerknęła w bok. Był czas jej warty, siedziała przy ognisku. Cicho jak cień podeszła bliżej płomieni, sięgając po zabrudzoną kurtkę. Cierpliwie zamoczyła kawałek szmaty w wodzie, rozcierając materiał dłońmi. Był przyjemnie szorstki, po dziesiątym razie zadrapał jej skórę do krwi, ale nawet tego nie zauważyła. Gdy skończyła, ręce były solidnie poobcierane, a kurtka- wyczyszczona z każdej plamki.
Ciemna postać przesłoniła płomienie, gdy Drake otworzył leniwie jedno oko. Wyostrzył wzrok i rozpoznał swoją kurtkę, oraz drobną dłoń pracowicie trącą materiał o materiał. Ściągnął usta, powstrzymując uśmiech, popatrzył na cień ognia... I zamknął oko, zapadając w czujny sen.
Zbudziła go godzinę później, niż było to zaplanowane.
- Zagapiłam się! - tłumaczyła się.
- Ale, dla mnie to nawet lepiej! Ale... Na przyszłość lepiej nie zapomniaj.
Elliott zwinęła się w kłębek na skale, z której dopiero co wstał jej towarzysz. Miejsce nadal było ciepłe, więc przyłożyła policzek do rozgrzanego minerału. Usnęła w mgnieniu oka, a z nią wszystkie obawy.
Drake przysiadł niedaleko, wpatrując się w ciemny otwór jaskinii. Jeszcze kilka dni i Styksom znudzi się bezustanna warta pod drzwiami labiryntu. A wtedy opuszczą zimne, ale bezpieczne groty, wyruszając na spotkanie ryzyku. Było jego drugą twarzą i drugim imieniem, a teraz przechodziło to także na Elliott.
Omiótł uważnym spojrzeniem całą jaskinię, po czym cicho przesunął się w stronę ognia. Było zimno, a nie chciał zakładać kurtki. Gdy zlustrował każdy stalaktyt i każdy kamień, zatrzymał wzrok na nieregularnej sylwetce śpiącej na skale. W myślach dokonywał oceny sytuacji. Z której strony nie patrząc, wyglądała, przynajmniej dla niego, beznadziejnie. Jeśli się nie pomylą lub pomylą, prędzej czy później umrą. Nieważne, które pierwsze- Drake wiedział, że jeśli zginęłaby Elliott, wystarczyłaby chwila. Sekunda i pociągnięfie zawleczki- i koniec brawurowej bohaterkości.
Dałby jej się poświęcić. Bez wahania rzuciłby bombę, gdyby to ona miała "klucz dostępu". Bo Drake już taki był- buntownik, nawet pod względem kierowania się sercem. Oddałby jej ostatni granat, wbijając sobie nóż w serce. W pewnym sensie romantyczne... Nie, w żadnym. A mimo to dokładnie tak by zrobił.
Wstał, przeciągnął się i podszedł do Elliott. Bezlitośnie potrząsnął jej ramionami, gwałtownie wyrywając dziewczynę z objęć Morfeusza.
- Pff. - mruknęła, rozespana. - Pff. Tak bym chciała...
Nie dokończyła. Powieki same opadły, a ona z powrotem osunęła się na ziemię.
Drake westchnął, popatrzył z dezaprobatą, obiecał sobie, że to ostatni raz, po czym podniósł świeżo wyczyszczoną kurtkę. Pozwolił, by spadła, przykrywając towarzyszkę. Nawet nie drgnęła, gdy poprawił rękaw.
Popatrzył na jej kamienną twarz, fuknął ze złością i oddalił się, siadając przy ognisku. Jedyną myślą były najbrutalniejsze sposoby pobudki, jakie znał.

sobota, 30 marca 2013

IV ; Sumienie, wina, i kucharka

Zbliżała się północ. Ta szczególna minuta, gdy lampy gasły na sekundę, zapalając się już nowego dnia. Dziewczyna o krótkich, ciemnych włosach siedziała przy ognisku, do bólu wytężając wzrok.
Niepotrzebnie.
- Jestem. - powiedział ktoś za jej plecami.
Mężczyzna stał kilka kroków za nią, przez ramię miał przewieszone coś zającopodobnego, a w oczach kpinę. Dała się tak łatwo podejść. Zacisnęła tylko zęby, godząc się z kolejną porażką. Wstała. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tego, co powiedział jej tamtej pamiętnej nocy. I wciąż nie mogła pozbyć się tego wrażenia...
Że on wie. Mimo jej usilnych starań, wie o wszystkim. Ale to było niemożliwe.
Jeśli się dowie, zabije ją.
- Musisz?
- Muszę. - odparł, szczerząc zęby w ten irytujący, kpiący sposób. Jakby była małym dzieckiem.
Westchnęła. Tak było, jest, i będzie. I to właśnie uwielbiała. Stale ten sam rytm dnia dawał jej względne poczucie bezpieczeństwa, nie musiała martwić się, że jej towarzysz nie wraca. Każde z nich było zawsze na swoim miejscu, tam, gdzie powinno.
Mimo wszystko musiała wiedzieć.
- Drake... Posłuchaj. Bo, widzisz...
- Hmm? - podniósł wzrok znad oprawianej zwierzyny.
- Ostatnio odnoszę takie wrażenie... Taka głupia myśl... Że ty...
- Nie, nie mam wady słuchu, możesz mówić ciągiem.
Znowu westchnęła. Dlaczego on wszystko utrudniał?
Ale... Co jeśli nic nie wie, a ona się zdradzi? Jeśli wie, ale myśli że one sobie nie zdaje z tego sprawy? Nie.
- Już nic, przypomniałam już sobie.
- Aha. - bez zainteresowania wrócił do przerwanego zajęcia. Starała się go zrozumieć, ale z Drake'em było ciężko. Wściekał się, by po chwili zaproponować jakąś czynność na następny dzień. Milczał w zadumie godzinami, po czym bez słowa wyjaśnienia wychodził, a dziewczyna mogła się tylko domyślać, gdzie.
Teraz dokończył oprawianie, otrzepał ręce i rzucił:
- No? Zamierzasz mi powiedzieć, czy dać mi uschnąć z ciekawości?
Nienawidziła tych chwil, gdy kpił z niej w żywe oczy. Być może rzeczywiście był ciekawy, ale drwina zabolała ją jak policzek. Wyprostowała się.
- A schnij.
Roześmiał się- przez jego głowę przemknęły setki myśli.
- Tak chcesz mi się odwdzięczyć za to wszystko, co zrobiłem? - machną ręką dookoła.
- Gdy to "wszystko" robiłeś, mnie nie było w planach. - najeżyła się Elliott.
Drake znowu parsknął śmiechem.
- Mówisz tak, jakbyś była niechcianym dzieckiem.
- A nie jestem?
- Sama sobie odpowiedz. - rzucił niedbale, za maską obojętności ukrywając uśmiech.
Elliott odebrała to inaczej. Patrząc na chłodny wyraz twarzy towarzyszam, ciężko było nazwać go przyjacielem, mimo wszystkich trudów, jakie razem przeszli. Gdy patrzyła mu w oczy, i nie widziała nic- miała swoją odpowiedź. Cofnęła ręce od ogniska, pozwalając, by chłód wziął je w posiadanie. I tak zawładnął już jej duszą.
Chłód, oczywiście.
Drake zauważył, że dziewczyna wyraźnie posmutniała, a był to jeden z niewielu widoków, jak ogromna ciotka Catelyn, gdy całowała go podczas spotkań rodzinnych, których nie mógł znieść. Chciał chociaż spróbować, jak wygląda współczucie, przyjaźń... Coś takiego. Tymczasem chował się pod pozorami odpychających min, nienawidząc sam siebie.
Ale taki już był. "Taki mój urok"- pomyślał z goryczą.
Nie zauważył nawet, jak Elliott odeszła od ognia. Na Boga, potrafiła już skradać się niemal tak dobrze jak on! Znowu ogarnęło go to głupie, bezpodstawne poczucie winy. Powoli pochłaniało jego serce, wypominając każdą drwinę i każdy śmiech.
Ale zaraz- czy niezależny, zbuntowany renegat ze środka Ziemi ma serce? I sumienie? A jeśli nawet, od kiedy go słucha?
Kierując się właśnie taką logiką, doszedł do wniosku, że nigdy. Tak więc ten wątpliwy zając piekł się dosyć apetycznie, a noc wyciągała mroźne macki. Zdejmując mięso z ognia, podsycił płomień.
- Obiad! - zawołał, i natychmiast poczuł się jak idiota. No tak, zrobili z niego kucharkę.
- Do diabła, chyba faktycznie się starzeję. - mruknął, dosalając potrawkę. - No, ile mam czekać? - krzyknął ze złością.



_____________________________________________
Dzisiaj już sobota o_O . Więc życzę wszystkim tym ninjom, którzy może jednak odwiedzają bloga po prostu Wesołych Świąt. Konkrety sobie dopowiedzcie, słodkiego baranka, i tak dalej. Tak więc wesołego jajka ;))

środa, 27 marca 2013

II ; Prawie Kolonistka




***
Dziewczyna siedząca na kamieniu chwyciła długie nożyce w ręce i uniosła do głowy. Zza rdzy wyglądał dawny błysk stali, delikatnie fosforyzował w nocnym powietrzu. Była tu sama, jej towarzysz wyruszył na polowanie.
Z trudem rozwarła dwa ostrza nożyc i przyłożyła je do włosów. Z całą siłą, na jaką było ją stać, nacisnęła i ucięła długie loki tuż za uchem. Jeden raz, drugi, trzeci… Szlag. Ostra jak brzytwa stal wymknęła jej się z ręki, rozcinając na sporej długości skórę głowy, zdobiąc nową fryzurę krwawymi pasemkami. Od razu zorientowała się, że rana jest tylko powierzchowna- dokończyła ścinanie i niedbale obwiązała głowę czystymi szmatkami, które prawie natychmiast przybrały barwę rubinu. Elliott popatrzyła ze smutkiem na leżące wokół pukle i delikatnie przesunęła ręką po krótkich włosach. Westchnęła. Dzień był długi, a zmartwienia, które przyniósł, były wystarczające, by poczuła się senna. Powieki zaczęły jej ciążyć, bezwiednie zwinęła się w kłębek na skale, i, zapominając o warcie, zapadła w sen.



***
Mężczyzna cicho jak cień wsunął się do groty. „Dobrze zamaskowana”- pomyślał. Dotknął lufy broni, którą jak zawsze miał za pasem, uspakajając się znajomym chłodem stali. Jaskinia wyglądała na opustoszałą. Nie było tu żadnych śladów bytności. Wziął głęboki oddech i zeskoczył z występu na załamaniu stalagnatów, miękko lądując na nogach.
Od razu wyczuł, że coś się stało. Cisza panująca między roznoszącymi echo ścianami była martwą ciszą. Uważnie rozejrzał się wokół, wyglądając drobnej sylwetki dziewczyny. Nigdzie jej nie było. Tknięty złym przeczuciem, ruszył na obchód jaskini.
Dostrzegł ją za ich małym obozowiskiem, skuloną na gołej skale. Twarz mu się ściągnęła. Zeszła z warty. Drugi tak niewybaczalny błąd, drugi dzisiaj, kolejny w ogóle. Zmarszczył brwi, już tylko gniew hamował go w postanowieniu urządzenia zimnej pobudki. Już miał to zrobić, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk. Z oddali dobiegło cichutkie chłeptanie, jak kot, którego nigdy nie miał. Tylko… Inne.
Natychmiast ruszył w tamtą stronę, a po chwili ujrzał widok, od którego zrobiło mu się niedobrze. Spory szczur siedział w kałuży krwi, pijąc ją z głośnym mlaskaniem. Jego długi, łysy ogon był czerwony. Pyszczek bezokiego gryzonia był cały ubrudzony, wyczuwszy renegata, z niewiarygodną szybkością przebiegł kilkanaście metrów, ginąc w cieniu jaskini.
Poczuł mdłości, gdy, wytężając wzrok, zauważył, że kałuża cienką strużką prowadzi do Elliott.
Doskoczył do dziewczyny, klękając przy niej. Nie poruszyła się, zwykle tak czujna. Jej głowa pozawijana była prowizorycznymi bandażami, większość przesiąkła krwią. Patrzył na nią, a jego twarz nie wyrażała nic. Zwykle beznamiętna, teraz stała się obliczem martwego człowieka.
Klęczał tak jeszcze przez kilkanaście minut, wpatrując się w podłogę wzrokiem bez wyrazu. Usta mu zadrgały- jedyny objaw uczuć, na jaki było go stać… Podświadomie wyciągnął rękę, chwytając jeden z obciętych kosmyków, leżących wokół. Zacisnął palce, miękkie loki łaskotały jego dłoń. Nie czuł tego; nie potrafił tego czuć. Nie teraz.
Siedział tak w bezruchu, gdy nagle spostrzegł kątem oka jakiś ruch. Zdumiony, podniósł głowę- klatka piersiowa Elliott unosiła się rytmicznie, a ręka delikatnie drgała, jakby śniły się jej koszmary.
Najpierw był gniew. Najpierw miał ochotę krzyczeć tak, jak jeszcze nigdy nie krzyczał, za tę niepewność, za tę rozpacz, za chwile, w których chciał umrzeć… Jego dusza krzyczała.
Potem nastąpiła ulga. Gdy uspokoił zmysły, zalała go wszechogarniająca ulga. Wszystko teraz nie znaczyło nic.
Gdy emocje ustąpiły, wrócił zdrowy rozsądek. Wypuścił z zaciśniętych palców ścięte loki, jego umysł pracował na przyspieszonych obrotach. Wczoraj upokorzył ją tak bardzo, że za wszelką cenę chciała być bardziej… Odważna? To odwagi chciała sobie dodać? Pewnie myślała, że jeśli upodobni się wyglądem do typowej Kolonistki, będzie jej łatwiej. Nic z tego- jego nigdy nie oszuka, nie w ten sposób.
Zauważył niewielką linię, czystą strużkę na jej umorusanej buzi. Musiała płakać, ale pewnie przez sen. Elliott nigdy nie płakała, nie ona.
Odsuwał od siebie prawdę tak daleko, jak się dało. Nie dopuszczał do siebie wstydu, żadnych silniejszych emocji. Po prostu wstał i odszedł w kierunku ogniska.
Gdy wszedł przypadkiem na rozżarzony kawałek drewienka, zawrócił. Cicho jak cień schylił się, chwycił ten sam pomięty kosmyk włosów i wsadził do kieszeni. Ukradkiem rozejrzał się, ale przecież nie było tu nikogo, z wyjątkiem tamtego szczura. Nonszalanckim krokiem ruszył w stronę przyszłej kolacji, którą przyniósł ze sobą.
Elliott spała.