środa, 27 marca 2013

II ; Prawie Kolonistka




***
Dziewczyna siedząca na kamieniu chwyciła długie nożyce w ręce i uniosła do głowy. Zza rdzy wyglądał dawny błysk stali, delikatnie fosforyzował w nocnym powietrzu. Była tu sama, jej towarzysz wyruszył na polowanie.
Z trudem rozwarła dwa ostrza nożyc i przyłożyła je do włosów. Z całą siłą, na jaką było ją stać, nacisnęła i ucięła długie loki tuż za uchem. Jeden raz, drugi, trzeci… Szlag. Ostra jak brzytwa stal wymknęła jej się z ręki, rozcinając na sporej długości skórę głowy, zdobiąc nową fryzurę krwawymi pasemkami. Od razu zorientowała się, że rana jest tylko powierzchowna- dokończyła ścinanie i niedbale obwiązała głowę czystymi szmatkami, które prawie natychmiast przybrały barwę rubinu. Elliott popatrzyła ze smutkiem na leżące wokół pukle i delikatnie przesunęła ręką po krótkich włosach. Westchnęła. Dzień był długi, a zmartwienia, które przyniósł, były wystarczające, by poczuła się senna. Powieki zaczęły jej ciążyć, bezwiednie zwinęła się w kłębek na skale, i, zapominając o warcie, zapadła w sen.



***
Mężczyzna cicho jak cień wsunął się do groty. „Dobrze zamaskowana”- pomyślał. Dotknął lufy broni, którą jak zawsze miał za pasem, uspakajając się znajomym chłodem stali. Jaskinia wyglądała na opustoszałą. Nie było tu żadnych śladów bytności. Wziął głęboki oddech i zeskoczył z występu na załamaniu stalagnatów, miękko lądując na nogach.
Od razu wyczuł, że coś się stało. Cisza panująca między roznoszącymi echo ścianami była martwą ciszą. Uważnie rozejrzał się wokół, wyglądając drobnej sylwetki dziewczyny. Nigdzie jej nie było. Tknięty złym przeczuciem, ruszył na obchód jaskini.
Dostrzegł ją za ich małym obozowiskiem, skuloną na gołej skale. Twarz mu się ściągnęła. Zeszła z warty. Drugi tak niewybaczalny błąd, drugi dzisiaj, kolejny w ogóle. Zmarszczył brwi, już tylko gniew hamował go w postanowieniu urządzenia zimnej pobudki. Już miał to zrobić, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk. Z oddali dobiegło cichutkie chłeptanie, jak kot, którego nigdy nie miał. Tylko… Inne.
Natychmiast ruszył w tamtą stronę, a po chwili ujrzał widok, od którego zrobiło mu się niedobrze. Spory szczur siedział w kałuży krwi, pijąc ją z głośnym mlaskaniem. Jego długi, łysy ogon był czerwony. Pyszczek bezokiego gryzonia był cały ubrudzony, wyczuwszy renegata, z niewiarygodną szybkością przebiegł kilkanaście metrów, ginąc w cieniu jaskini.
Poczuł mdłości, gdy, wytężając wzrok, zauważył, że kałuża cienką strużką prowadzi do Elliott.
Doskoczył do dziewczyny, klękając przy niej. Nie poruszyła się, zwykle tak czujna. Jej głowa pozawijana była prowizorycznymi bandażami, większość przesiąkła krwią. Patrzył na nią, a jego twarz nie wyrażała nic. Zwykle beznamiętna, teraz stała się obliczem martwego człowieka.
Klęczał tak jeszcze przez kilkanaście minut, wpatrując się w podłogę wzrokiem bez wyrazu. Usta mu zadrgały- jedyny objaw uczuć, na jaki było go stać… Podświadomie wyciągnął rękę, chwytając jeden z obciętych kosmyków, leżących wokół. Zacisnął palce, miękkie loki łaskotały jego dłoń. Nie czuł tego; nie potrafił tego czuć. Nie teraz.
Siedział tak w bezruchu, gdy nagle spostrzegł kątem oka jakiś ruch. Zdumiony, podniósł głowę- klatka piersiowa Elliott unosiła się rytmicznie, a ręka delikatnie drgała, jakby śniły się jej koszmary.
Najpierw był gniew. Najpierw miał ochotę krzyczeć tak, jak jeszcze nigdy nie krzyczał, za tę niepewność, za tę rozpacz, za chwile, w których chciał umrzeć… Jego dusza krzyczała.
Potem nastąpiła ulga. Gdy uspokoił zmysły, zalała go wszechogarniająca ulga. Wszystko teraz nie znaczyło nic.
Gdy emocje ustąpiły, wrócił zdrowy rozsądek. Wypuścił z zaciśniętych palców ścięte loki, jego umysł pracował na przyspieszonych obrotach. Wczoraj upokorzył ją tak bardzo, że za wszelką cenę chciała być bardziej… Odważna? To odwagi chciała sobie dodać? Pewnie myślała, że jeśli upodobni się wyglądem do typowej Kolonistki, będzie jej łatwiej. Nic z tego- jego nigdy nie oszuka, nie w ten sposób.
Zauważył niewielką linię, czystą strużkę na jej umorusanej buzi. Musiała płakać, ale pewnie przez sen. Elliott nigdy nie płakała, nie ona.
Odsuwał od siebie prawdę tak daleko, jak się dało. Nie dopuszczał do siebie wstydu, żadnych silniejszych emocji. Po prostu wstał i odszedł w kierunku ogniska.
Gdy wszedł przypadkiem na rozżarzony kawałek drewienka, zawrócił. Cicho jak cień schylił się, chwycił ten sam pomięty kosmyk włosów i wsadził do kieszeni. Ukradkiem rozejrzał się, ale przecież nie było tu nikogo, z wyjątkiem tamtego szczura. Nonszalanckim krokiem ruszył w stronę przyszłej kolacji, którą przyniósł ze sobą.
Elliott spała. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz