***
Dziewczyna siedząca na
kamieniu chwyciła długie nożyce w ręce i uniosła do głowy. Zza rdzy wyglądał
dawny błysk stali, delikatnie fosforyzował w nocnym powietrzu. Była tu sama, jej
towarzysz wyruszył na polowanie.
Z trudem rozwarła dwa
ostrza nożyc i przyłożyła je do włosów. Z całą siłą, na jaką było ją stać, nacisnęła
i ucięła długie loki tuż za uchem. Jeden raz, drugi, trzeci… Szlag. Ostra jak
brzytwa stal wymknęła jej się z ręki, rozcinając na sporej długości skórę
głowy, zdobiąc nową fryzurę krwawymi pasemkami. Od razu zorientowała się, że
rana jest tylko powierzchowna- dokończyła ścinanie i niedbale obwiązała głowę
czystymi szmatkami, które prawie natychmiast przybrały barwę rubinu. Elliott
popatrzyła ze smutkiem na leżące wokół pukle i delikatnie przesunęła ręką po
krótkich włosach. Westchnęła. Dzień był długi, a zmartwienia, które przyniósł,
były wystarczające, by poczuła się senna. Powieki zaczęły jej ciążyć,
bezwiednie zwinęła się w kłębek na skale, i, zapominając o warcie, zapadła w
sen.
***
Mężczyzna cicho jak
cień wsunął się do groty. „Dobrze zamaskowana”- pomyślał. Dotknął lufy broni,
którą jak zawsze miał za pasem, uspakajając się znajomym chłodem stali.
Jaskinia wyglądała na opustoszałą. Nie było tu żadnych śladów bytności. Wziął
głęboki oddech i zeskoczył z występu na załamaniu stalagnatów, miękko lądując
na nogach.
Od razu wyczuł, że coś
się stało. Cisza panująca między roznoszącymi echo ścianami była martwą ciszą. Uważnie
rozejrzał się wokół, wyglądając drobnej sylwetki dziewczyny. Nigdzie jej nie
było. Tknięty złym przeczuciem, ruszył na obchód jaskini.
Dostrzegł ją za ich
małym obozowiskiem, skuloną na gołej skale. Twarz mu się ściągnęła. Zeszła z
warty. Drugi tak niewybaczalny błąd, drugi dzisiaj, kolejny w ogóle. Zmarszczył
brwi, już tylko gniew hamował go w postanowieniu urządzenia zimnej pobudki. Już
miał to zrobić, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk. Z oddali dobiegło cichutkie
chłeptanie, jak kot, którego nigdy nie miał. Tylko… Inne.
Natychmiast ruszył w
tamtą stronę, a po chwili ujrzał widok, od którego zrobiło mu się niedobrze.
Spory szczur siedział w kałuży krwi, pijąc ją z głośnym mlaskaniem. Jego długi,
łysy ogon był czerwony. Pyszczek bezokiego gryzonia był cały ubrudzony,
wyczuwszy renegata, z niewiarygodną szybkością przebiegł kilkanaście metrów,
ginąc w cieniu jaskini.
Poczuł mdłości, gdy,
wytężając wzrok, zauważył, że kałuża cienką strużką prowadzi do Elliott.
Doskoczył do
dziewczyny, klękając przy niej. Nie poruszyła się, zwykle tak czujna. Jej głowa
pozawijana była prowizorycznymi bandażami, większość przesiąkła krwią. Patrzył
na nią, a jego twarz nie wyrażała nic. Zwykle beznamiętna, teraz stała się
obliczem martwego człowieka.
Klęczał tak jeszcze
przez kilkanaście minut, wpatrując się w podłogę wzrokiem bez wyrazu. Usta mu
zadrgały- jedyny objaw uczuć, na jaki było go stać… Podświadomie wyciągnął
rękę, chwytając jeden z obciętych kosmyków, leżących wokół. Zacisnął palce,
miękkie loki łaskotały jego dłoń. Nie czuł tego; nie potrafił tego czuć. Nie
teraz.
Siedział tak w
bezruchu, gdy nagle spostrzegł kątem oka jakiś ruch. Zdumiony, podniósł głowę-
klatka piersiowa Elliott unosiła się rytmicznie, a ręka delikatnie drgała,
jakby śniły się jej koszmary.
Najpierw był gniew.
Najpierw miał ochotę krzyczeć tak, jak jeszcze nigdy nie krzyczał, za tę
niepewność, za tę rozpacz, za chwile, w których chciał umrzeć… Jego dusza
krzyczała.
Potem nastąpiła ulga.
Gdy uspokoił zmysły, zalała go wszechogarniająca ulga. Wszystko teraz nie
znaczyło nic.
Gdy emocje ustąpiły,
wrócił zdrowy rozsądek. Wypuścił z zaciśniętych palców ścięte loki, jego umysł
pracował na przyspieszonych obrotach. Wczoraj upokorzył ją tak bardzo, że za
wszelką cenę chciała być bardziej… Odważna? To odwagi chciała sobie dodać?
Pewnie myślała, że jeśli upodobni się wyglądem do typowej Kolonistki, będzie
jej łatwiej. Nic z tego- jego nigdy nie oszuka, nie w ten sposób.
Zauważył niewielką
linię, czystą strużkę na jej umorusanej buzi. Musiała płakać, ale pewnie przez
sen. Elliott nigdy nie płakała, nie ona.
Odsuwał od siebie
prawdę tak daleko, jak się dało. Nie dopuszczał do siebie wstydu, żadnych
silniejszych emocji. Po prostu wstał i odszedł w kierunku ogniska.
Gdy wszedł przypadkiem
na rozżarzony kawałek drewienka, zawrócił. Cicho jak cień schylił się, chwycił
ten sam pomięty kosmyk włosów i wsadził do kieszeni. Ukradkiem rozejrzał się,
ale przecież nie było tu nikogo, z wyjątkiem tamtego szczura. Nonszalanckim
krokiem ruszył w stronę przyszłej kolacji, którą przyniósł ze sobą.
Elliott spała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz