Dziś nikt jej nie budził. Nikt nie bił, ale była zbyt zmęczona, żeby się ucieszyć. I żeby wiedzieć, kto siedzi u jej boku.
- Wszystko będzie dobrze. - szepnął. Rozpaczliwie chciał w to uwierzyć. - Albo nie.
Głos mu się załamał. Przyciągnął Elliott do siebie, kładąc jej głowę pod swoją. Wzdrygnęła się przez sen, jej oddech przyspieszył. Nagle otworzyła oczy.
- To ty...? - zapytała ledwo słyszalnym głosem.
- Ja. Jestem, i będę. - odpowiedział cicho.
Znów usnęła.
Sen był cudowny. Ta sama łąka, ci sami ludzie, nawet jej ojciec, nie taki jak dręczący ją niedawno Granicznik- wymarzony, któś, do kogo mogłaby mówić "tatuś"...
I jeszcze jedna, nowa osoba. Ciemna postać skryta za drzewem, stała nieruchomo i przyglądała się zabawie.
Wiedziała kto to, chociaż twarz miał schowaną w cieniu kaptura. Dopiero, gdy go zobaczyła, zorientowała się, że wczoraj też tu był.
Podniosła się z miękkiej, zielonej trawy i z wahaniem ruszyła w kierunku postaci w płaszczu. Zamknęła oczy, bo odległość była zbyt wielka dla jej nawet we śnie wyczerpanego organizmu. Gdy je otworzyła, znajdowała się w jego ramionach. Słyszała bicie drugiego serca, bijące w tym samym rytmie co jej. Twarda, ciepła dłoń głaskała ją po włosach, czuła czyjś oddech tuż przy swojej twarzy.
Nie spostrzegła, kiedy łąka zmieniła się w jaskinię, a przyjaciele i rodzina zniknęli. Nie zmieniło się tylko jedno- Drake. Nadal był przy niej, nadal opierała się o jego ramię.
- Spałaś tylko kilka godzin. Odpręż się, tu nic ci nie grozi... - skłamał.
Patrzyła, nie rozumiejąc słów.
- Co jest dzisiaj? - wyszeptała.
- Ten sam dzień, w którym zasnęłaś...
Elliott szeroko otworzyła oczy. Coś jej to mówiło, ale... Wciąż umykało.
- Śpij... - powiedział. - Śpij...
Była przyzwyczajona, by słuchać tego władczego, twardego głosu. I teraz posłusznie zamknęła oczy.
***
- Nic nie będzie dobrze. - szepnął. - Nic nie zmienię... A tak bym chciał...
Opuścił głowę. Wiedział, że to, co mówi, jest prawdą. Nigdy nie będzie tak jak dawniej.
Siedział z nią godzinami, a jedynym zegarem był zgodny rytm serca. W końcu przestał myśleć- i jego powieki powoli opadły...
Aż nagle rozległ się cichy chrobot. Ktoś odsuwał kamień, którym Drake zasłonił wejście. Jego czujne ucho natychmiast pochwyciło dźwięk.
Wyprostował się i delikatnie uwolnił z objęć Elliott. Wciąż spała.
Bezszelestnie, w ciągu jednej sekundy ujął długą lufę stena, w drugiej dłoni ważąc mały pistolet. Teraz nie pozwoli, żeby ktoś...
BUM.
Stłumiony łoskot wypełnił jaskinię. Wyczulony, oczekujący słuch Drake'a na chwilę go zawiódł- dopiero po chwili odzyskał zmysł. Z niepokojem zerknął na przyjaciółkę, ale nawet to nie zdołało jej obudzić.
Z wejścia dobiegł dziwny odgłos- kilka słów w szeleszczącym, chropowatym języku. Mężczyzna ścisnął broń w dłoni. Styks. Sam, czy...?
Odgłos powtórzył się, a wysoka, ciemna postać wyszła z cienia.
- To ty, *szeleszczenie*? - zapytała stłumionym, ledwo rozpoznawalnym angielskim.
- Nie. - odpowiedział Drake, błyskawicznie odbezpieczając broń. I to właśnie porywczość zgubiła.
Styks jednym celnym rzutem trafił go kaburą pistoletu w nasgarstek, zanim zdążył nacisnąć spust. Rozległ się trzask łamanej kości; teraz oboje stracili po pistolecie. Ale Drake miał drugi. Nie zważając na cierpienie, uważnie przeanalizował sytuację.
Zdrową ręką wymierzył w nadbiegającego Styksa, ale ten był zbyt szybki. Wytrącił mu broń z ręki, przewracając i przyciskając pogruchotaną dłoń. Bolało jak diabli, ale nie poddawał się. Mocowali się w milczeniu, każdy z nich miał jeden cel- walczyć na śmierć i życie, wygrać. W końcu jakimś cudem znalazł się na klęczkach, przy rozbrojonym Graniczniku-natychmiast wykorzystał chwilową przewagę. Teraz wystarczyło wyciągnąć sztylet.
Już prawie było po wszystkim, gdy cal od śmierci Styks wychrypiał:
- Rozumiem. Zabij mnie. Ale dlaczego nie zabijesz jej?
Drake znieruchomiał.
- Co, paskudo? Dlaczego miałbym zabić Elliott?
Zaśmiał się chrapliwym, szyderczym śmiechem.
- To ty nic nie wiesz? Nie wiesz, kim ona jest?
- Jasne, że wiem. Zbiegłą Kolonistką, renegatką, zagrożeniem i inne pierdoły.
Nie dał po sobie poznać, jak bardzo słowa nieznajomego go zaniepokoiły. Ostatnio Elliott wyraźnie coś ukrywała.
- Nie do końca. - wyszeptał Granicznik. Drake czuł się coraz bardziej nieswojo. - Bardziej... Jest moją córką.
- Kłamiesz! - zawołał gwałtownie, opuszczając rękę z nożem. Ostrze przecięło lekko skórę na gardle tamtego. Cienka, krwawa linia naznaczyła to miejsce jak ślad.
- Nie wierzysz mi? Dobrze. Ale zapytaj ją... - powiedział cicho Styks, wskazując na Elliott.
Drake odwrócił głowę, patrząc na dziewczynę. Jej twarz pokrywały liczne rany, a mimo to spała snem kamiennym. Wyglądała tak niewinnie. Tak nieprawdziwie. Zacisnął dłonie, gdy łzy zamgliły świat.
- Nie. Nie jest nim, i twoje kłamstwa nie zmienią... Nie zmienią... Nic. Nie.
- Tak. I cały ten czas trzymała cię w niepewności, oszukiwała, wyzyskiwała, wykorzystywała. Zabij mnie, ale osądź sam, co zrobić z nią. Czy może nie masz odwagi i sam mam dokończyć to, co zacząłem...?
Drake odrzucił nóż. Podniósł z ziemi długi karabin. Powoli wycelował.
Błyskawicznie odwrócił się, i strzelił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz