Elliott spała. A we śnie spotykała rodzinę, przyjaciół, Łowcę, którego obiecano jej na czternaste urodziny, a którego nigdy nie dostała, matkę... Sen był jasny, spokojny, nie było w nim śladu brutalności i okrucieństwa Głębi.
Ale wszystko ma swój koniec.
Obudziła się, czując przenikliwy ból. Usta miała spuchnięte i suche, wszędzie na twarzy czuła krew. I wspomnienie wczorajszych tortur, palące szkarłatnym płomieniem cierpienia...
Obok niej leżała miska z czymś szaro-papko-podobnym, a obok drugie naczynie z wodą. Za miskami leżał zakrwawiony nóż.
Styks stał kilka kroków dalej. Zdała sobie sprawę, że cały czas ją obserwuje.
- I co? Nadal będziesz stawiać opór? - zapytał, nie kryjąc ironii.
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do niej.
- No dobrze, miło było, ale teraz należą ci się jakieś wyjaśnienia.
Jego oczy były dwiema czarnymi otchłaniami. Wzdrygnęła się, czując, że intensywnie jej się przygląda.
- Zaczynasz wyglądać jak jedna z nas. Ale... Do rzeczy. Wiem, kim jesteś. Wiem to od czternastu lat, ale dopiero znam cię dopiero od tygodnia. Kiedy wtedy wpadłaś w naszą pułapkę, zdziwiliśmy się. Na Drake'a polowaliśmy od kilku lat, ale ty... Tylko ktoś wyjątkowy mógł przetrwać tyle u jego boku. Widzisz, nawet ci pochlebiam. A więc, zainteresowaliśmy się bliżej twoją osobą. Jestem tu sam... Na razie. Ja zainteresowałem się bardziej, bo kilkanaście lat temu mój brat pod wpływem impulsu powiedział mi o pewnym incydencie. A potem pewna Kolonistka zniknęła na parę miesięcy z życia społecznego...
Elliott słuchała z łomoczącym sercem. Już wiedziała, kim on jest.
- Zorientowałaś się? No tak, mądra dziewczynka. Moja krew... - uśmiechnął się.
Nachylił się do niej.
- Naprawdę moja. - szepnął. - Jestem bratem Eddie'go.
Zamknęła oczy. To tylko sen... To tylko paskudny koszmar...
- A teraz wreszcie cię mam. Jednak w moich wyjaśnieniach tkwi pewna luka, prawda? Na pewno to zauważyłaś. Tak, między dorosłymi Styksami nie ma czegoś takiego jak więź rodzinna. Ale... Nosimy jedno nazwisko. Nie pozwolę, żeby zostało splamione twoją bękarcią krwią!
Uderzył ją w twarz. Wczorajsze rany zapłonęły. Wypuściła z trudem powietrze, czując, jak każdy oddech rozpala jej nos i usta.
- Co chcesz... Ze mną zrobić? - wyszeptała.
- O, to jeszcze nic pewnego. Zostaniemy tu kilka dni... Zaopiekuję się tobą, nie martw się. - obnażył ostre zęby. - A potem... Poczekamy na szanownego tatusia. On ma pierwszeństwo w takich sprawach.
Nie zapytała, w jakich.
Poddała się jego silnym rękom, gdy posadził ją przy skale i podsunął miski z jedzeniem. Potem ujął nóż...
***
Mężczyzna przyglądał się bezsilnie zza występu skalnego, jak ostry sztylet kaleczy jasną skórę dziewczyny. Dłonie zacisnął w pięści; wiele by dał, by usłyszeć, o czym rozmawiali wcześniej.
Styks wyraźnie upajał się zadawanym cierpieniem. Dziewczyna już wkrótce straciła przytomność... A on nie miał czasu. Musiał wyciągnąć stąd Elliott. Granicznik był sam, więc nie powinno to sprawić zbyt dużego problemu.
Zakapturzona postać wsunęła się w cień, pozwalając, by ciemność wchłonęła jego ślad.
Łzy popłynęły same. Mężczyzna oczyma wyobraźni widział wąski, zakrwawiony sztylet przy jej twarzy.
"Nigdy więcej." - pomyślał, a na jego twarzy zagościła determinacja. - "Nigdy więcej nie będę tak bezradny."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz