sobota, 13 kwietnia 2013

XII ;

Ale Styksa już tam nie był. Szybki i zwinny, przeciwnik chwycił pierwszy z brzegu sten, bez zastanowienia strzelając. Trafił raz, prosto w połamany wcześniej nadgarstek, o którym Drake zapomniał w ferworze walki.
Zgiął się wpół, a ból eksplodował niczym bomba atomowa.
A skoro już o bombach mowa, Styks odrzucił broń i pobiegł w stronę wyjścia. Ojciec Elliott ostatni raz odwrócił się, spojrzał z nienawiścią na renegata i ujął dużą bombę.
- Jeszcze się spotkamy! - krzyknął. Ruszył przed siebie, rzucając za sobą trzymany w ręku przedmiot. Wybuchł, zasypując jaskinię deszczem skalnych odłamków.
"Uwięził nas." - pomyślał Drake, chwilę przed utratą przytomności.

Ocknął się, gdy było ciemno. Nawet najmniejszy płomyk nie rozjaśniał mroku groty, nawet najsłabszy ognik nie tańczył z cieniami. Mimo to było ciepło, nawet w zranioną rękę. Dopiero teraz w pełni zdał sobie sprawę z wczorajszej maskarady, podczas której raz złamano mu nagdarstek, a potem ten Styks zatopił kulę przy kości.
Teraz, o dziwo, nie czuł nic. Nie czuł dłoni, nie mógł poruszyć ani jednym palcem- ale nie miał siły, żeby wstać i zbadać dokładniej sytuację.
Elliott półspała, półsiedziała. Próbowała chyba pełnić wartę, ale najwidoczniej zmęczenie zmogło i ją. Trudno się dziwić... Ale w sumie nie było po co ustalać wart. Wejście, i jednocześnie wyjście zostało zablokowane, a miną tygodnie, zanim znajdzie inne. Tygodnie bez jedzenia i wody.
I dopiero wtedy wczorajsze wydarzenia dotarły do niego z pełną mocą. Stracili wszystko. A on dodatkowo stracił też ważniejszą rzecz- zaufanie. Jeszcze raz spojrzał na towarzyszkę. Jak mógł nie zauważyć? Przecież to oczywiste, że ma geny Styksów.
Nie powiedziała mu o tym. Kłamała, przechodząc nad tym do codzienności.
I to bolało najbardziej. Nigdy nie czuł takiego rozczarowania i żalu, jak teraz. Żałował, że nic nie będzie już takie jak przedtem. Że nic nie wróci dawnej, roześmianej Elliott.
Nadgarstek palił żywym ogniem, ale ból zelżał. Odkrył, że dłoń ma obwiązaną czystą chustką, spod której wystają liście Choromantusa. Czuł niemal namacalną, cudowną ulgę płynącą z ziołowych soków do zmasakrowanej ręki. Mógł już ruszać palcami, a mięśnie powoli się regenerowały. Powoli rozwarł dłoń. Kostki strzeliły, a renegat skrzywił się z bólu. Był ciekawy, czy wciąż ma kulę w nadgarstku, ale nie chciało mu się już tego sprawdzać. Na nowo ogarnęła go senność.
Twarz Drake'a zasępiła się, gdy, zasypiając, zobaczył umorusaną błotem, drobną sylwetkę Elliott- i wyniosłą, czarną pelerynę, za którą krył się jej ojciec.
Po raz kolejny powtórzył: "Nigdy więcej. Nikt nie jest tego wart."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz